Łaska to furtka

Instrukcja użytkowania wziernika z góry unieważnia wszelkie sceptyczne wizje na powierzchni, choć niejed­nokrotnie przemawiają za nią także obserwacje poczynione na zewnątrz. Jeżeli natomiast obraz we wzierniku nie potwierdza teorii, to przyczyną niepowodzenia jest wziernik: nie sięgnął dość głęboko i wobec tego nie należy mu ufać. W zależności więc od potrzeb obraz we wzierniku może być różny. Nie ma więc danych zewnętrznych, których nie można by dopasować do jakiejś koncepcji rzeczywistości kryjącej się pod powierz­chnią zjawisk. Można tak, można owak. Główne składniki doktryny współżyją zatem ze sobą na zasadzie symbiozy. Teoria Demona wyposaża użytkowników wziernika w najwy­ższy atut, w Dżokera: teza o nieograniczonej przebiegłości wrażej bestii pozwala łatwo uleczyć tych, którzy dają się jej zwodzić. Lecz ów gotowy patent nie zostaje w pełni wykorzystany, dzięki czemu system nabiera elastyczności, zyskuje luz, uczy się przystosowywać. Inaczej zadusiłby się. Jednakże w razie niebezpieczeństwa rygle i klapy są zawsze pod ręką. Zabiegi weryfikacyjne dopuszcza się jedynie z łaski. A łaska to furtka, którą można w każdej chwili zamknąć.

Element giętkości

Istnieje pewna komplikacja, o której wstydliwie napomyka Robert Fliess: zamiast zachować jedność, użytkownicy wzierników podzielili się na kilkanaście rywalizujących ze sobą odłamów i szkół. Pisze on niezwykle oględnie: „Trudno oczekiwać, by uczeń, który spędza sporo lat w sztucznych, cieplarnianych warunkach treningu psychoanali­tycznego i którego kariera zależy od przezwyciężenia «oporu», umiał bronić swej naukowej integralności przed koncepcjami i praktykami mi­strza. Im dłużej trwa szkolenie, tym gorzej dla ucznia. Wszelkie zastrze­żenia wobec podsuwanych mu interpretacji zostają zakwalifikowane jako «opór». Krótko mówiąc, już w naturze treningu jest coś, co sprzyja utrwalaniu się błędu”. Chyba nie sposób lepiej wytłumaczyć tego fenomenu, że adepci tej samej szkoły dostarczają zdumiewająco zgodnych sprawozdań o tym, co widzą w mrocznej głębi. W sumie więc mimo znacznej liczby mających dostęp do wziernika cała kwestia weryfikowania spełzła na niczym. A mimo to można do­strzec jakiś element giętkości, uczenia się i autokorekty. Którędy ten bakcyl tam się dostał? Pewne sprawy (na przykład postępy terapii, kryteria jej skuteczności) widoczne są na obu poziomach.

W duchu tolerancji i egalitaryzmu

Autorytarny ton przytoczonego wywodu ociera się wręcz o kabaret. Po prostu każdy opozycjonista ma kłopoty… z samym sobą. Wystarczy go poddać odpowiedniej reedukacji — i po problemie! Zacytuję innego analityka, dla odmiany rewizjonistę, który postuluje dodatkową porcję terapii dla ortodoksyjnych paleofreudystów. Jedna stro­na oskarża drugą o niedostatki wedle tego samego wzorca: jestem lepiej zanalizowany niż ty! Zważmy jednak, że postawa taka nie wzięła się z księżyca. Użytkow­nicy przeziorów bawią się w licytację, miast porównać swe spostrzeżenia w duchu tolerancji i egalitaryzmu, bo pcha ich do tego psychoanalityczna gnoseologia, by nie powiedzieć: paranoja. Wszak nie polega ona na gromadzeniu i konfrontowaniu różnych danych. Przeziór nie jest narzę­dziem badawczym w zwykłym sensie; jego działanie objawia się w zdej­mowaniu zaćmy. Naszym oczom objawia się nagle ostateczna rzeczywi­stość, Absolut, gdyż pozbyliśmy się wreszcie iluzji i zahamowań, które czyniły nas ślepcami. Jeśli więc dwaj spoglądacze nie potrafią dojść do zgody, jeden z nich musi (w najlepszym razie) wciąż mieć kłopoty ze wzrokiem. Musi być wciąż chory, zaburzony, zaślepiony. Rzecz nie w faktach, lecz w nie usuniętej katarakcie!

Konflikt we własnym wnętrzu

Pluralizm przeziorów stwarzał pewną szansę weryfikowalności. Ale nic z tego nie wyszło, układają się one bowiem w hierarchię. W trakcie analizy nie ma mowy o równości. U y a toujours un qui baise, et un qui tourne la joue. Zawsze jest ten, kto oddaje się wolnym skojarzeniom i przyjmuje iluminację, i ten, kto wyrokuje o oporze, stłumieniu i tym podobnych sprawach. System nie przejawia najmniejszej skłonności do porównywania wizji. Zdradza natomiast silną skłonność w odwrotnym kierunku: „Podczas introspekcji analityk może zniekształcić prawdę za­miast się zbliżać do niej. Inaczej mówiąc, jego opór przybiera niekiedy formę sprzeciwu, odstępstwa od teorii. Unika on wtedy nieświadomie jakiegoś potencjalnego konfliktu we własnym wnętrzu, zgłaszając akces do jednej z dysydenckich szkół, które powstają wskutek analogicznych kłopotów twórcy. Ten właśnie moment stanowi podłoże wszelkich rozła­mów. Kwestionowanie podstawowych faktów ustalonych przez Freuda musi prowadzić do krystalizowania się myśli wokół czczej negacji. Gdyby udało się w przyszłości ukrócić przesadny rozrost nauczania psychologii i skoncentrować się na zdrowym pniu Freudowskiej nauki… oszczędzili­byśmy sobie wielu wysiłków, wymagając od kandydatów na analityków odbycia dodatkowej analizy, w czasie której wyjaśnione byłyby powody ich niezgody na pewne tezy”.

Monopol na objawienie

Gramy z Dżokerem (co wydaje się regułą dość logiczną, jeśli przyjmiemy, że tylko jeden z grających ma dostęp do prawdy ostatecznej). Ale oto spotykają się dwa Dżokery. Co wtedy? Nie ma innego wyjścia poza czysto politycznym. Zdecyduje siła, choć niekoniecznie fizyczna. Po prostu ktoś musi kogoś przepędzić i obłożyć ekskomuniką. Normalne zjawisko w każdym systemie, który posługuje się Dżokerem (Bogiem, Rynkiem, Nauką, Rewolucją). Jeśli nie istnieje od początku monopol na objawienie (w cywilizacji protestanckiej trudno go sobie zagwarantować), prędzej czy później dochodzi do rozgrywki rywali. Omawiany system okazał się przewidujący i z góry wynalazł stosowną receptę: „Freud wyraźnie zalecał swym uczniom, by traktowali krytyków doktryny jako nie zanalizowanych chorych pacjentów, stawiających «opór». W wigilię rozłamu Jung pisał z goryczą o propagan­dowych naciskach, nie podejrzewając nawet, że będzie ich kolejną ofiarą. Pisał o psychoanalitykach używających psychoanalizy po to, by «odsądzić innych od czci i wiary, by móc zaliczyć do kompleksów to wszystko, co zmusza do zastanowienia się». Pisał o potrzebie «demaskowania takiej apologii psychoanalizy uprawianej pod płaszczykiem teorii». Niestety, i Jung, i pozostali heretycy mieli zbyt wygórowane oczekiwania, naiwnie sądząc, że są wyjątkiem nie podpadającym pod metodę polemiczną, którą sami się poprzednio posługiwali w atakach na Freuda”.

Walki Dobra ze Złem

Wszelako nie ma bezpośredniego dostępu ani do pewnej sfery, ani do żadnej nadrzędnej instancji, do której wypadałoby się w razie rozbieżności postrzeżeń odwołać. Cóż więc począć? Najlepiej byłoby zdać się na spójną teorię prawdy ustaloną dzięki powszechnej zgodzie głosami wię­kszości, itd. W psychoanalizie jednak nic takiego się nie dzieje. Wzier­niki nie są sobie równe. Jeżeli przedstawiają odmienne obrazy, któryś z nich musi być odchylony, błędny, szkodliwy — i zasługuje na po­tępienie. Kiedy dochodzi do rozbieżnych relacji z głębi, w systemie pojawia się Dżoker — element autorytarny. Wziernikowanie odbywa się kole­ktywnie: jedna osoba zagląda, druga natomiast poucza ją o tym, co naprawdę widzi. Z wyjątkiem ścisłego grona twórców przezioru wszyscy kompetentni jego użytkownicy doświadczyli (przynajmniej raz) obu sta­nów: bycia instruktorem, stroną prawidłowo widzącą, oraz bycia instruowanym, czyli stroną uczącą się widzieć. Ich zawodowy status opiera się na posiadaniu nierównych diademów. W tej sytuacji wszelkie próby porównywania ze sobą niezgodnych obrazów musiałyby prowadzić bądź do nieodpowiedniego burzenia hierarchii wtajemniczonych, bądź do jej restytuowania siłą. Czyż można dopuścić do tego, by wewnętrzne kon­flikty uznać za mierniki prawdy? Czy nie są to raczej — zważywszy na brak niezależnych kryteriów — swego rodzaju próby ognia i wody? Walki Dobra ze Złem?

Problem weryfikacji

Proces analizy — czyli diagnozowa­nia i indoktrynacji — miałby być sprawdzany przez instancję zewnętrz­ną? W żadnym wypadku! Wara od cudownego teleskopu! „Składanie zeznań przez starszych członków rodziny pacjenta wydaje się kuszące, lecz zdecydowanie to odradzam. Podkopuje się wówczas wiarę w psy­choanalizę, poddając ją pod osąd jakichś obcych czynników”. Z tego wypływa po części opór psychoanalitycznych wybawców przed dopuszczaniem świadectw empirycznych: gdyby materiały dotyczące na przykład zachowania pacjentów w wieku chłopięcym pozwalały roz­strzygnąć, czy powstaje w nim kompleks Edypa, musielibyśmy zgodzić się, że działanie Demona da się wytropić bez freudowskich służb specjalnych, wyłącznie na podstawie dokładnych obserwacji zdarzeń na „powie­rzchni”. Behawioralne potwierdzenie pewnej hipotezy z zakresu psycho­logii (a nie terapii!) czyniłoby psychoanalizę zbyteczną. Jeśli więc ktoś wytacza argumenty z empirii, miast poprzestawać na „głębszych” inter­pretacjach, w istocie próbuje siłą obalić teorię Freuda! W tym momencie cały problem weryfikacji robi się szalenie skompli­kowany i intrygujący zarazem. Gdyby bowiem ów wgląd w ostateczną rzeczywistość był naprawdę czymś jedynym i niepowtarzalnym (jak twierdzi się też w niektórych religiach), wszelkie zabiegi sprawdzające po prostu nie miałyby sensu. Tylko ja dysponuję monitorem, w którym widać jakąś niedostrzegalną dziedzinę. Patrzę w to cudowne narzędzie, mówię, co widzę, a następnie niszczę go. Rodzaj ludzki bierze na siebie naturalne ryzyko (jeśli w ogóle potraktuje mnie serio): uwierzyć w moją relację, czy też nie? Lecz naukowy wziernik nie został zniszczony. Używany był wielo­krotnie, co więcej — wydał liczne potomstwo obdarzone podobnymi rentgenologicznymi właściwościami (aczkolwiek nikt już Założycielowi nie dorównał!).

Niezrównana linia obrony

Jak twierdzi Freud (i większość jego apostołów), nie można oceniać terapii, dopóki się jej samemu nie przeszło. Wszelkie kryteria i ich stosowanie są zawarowane tylko dla wtajemniczonych. Statystyki nie mają tu sensu. I to nie dlatego, że trudno przeprowadzić porównawcze studia (zarzut taki stawia się wielu badaniom statystycznym), lecz dlatego, że terapia psychoanalityczna z istoty swej nie podlega szacunkom licz­bowym. Tę niezrównaną linię obrony zapoczątkował Założyciel, podając masę powodów, dla których wierzyć liczbom nie należy: niczego nie dowodzą (chociaż argument to obosieczny), nie ujawniają osób, które „nie przyznawały się do choroby i kuracji, a zatem i do wyzdrowienia”. Czyżby sekretne wyznania możliwe były wyłącznie między wyleczony­mi? I czyż danych statystycznych nie zbiera się zwykle anonimowo, nie zdradzając tożsamości pacjentów? O reszcie argumentów Freuda nawet nie warto wspominać. Podsumowuje on sprawę, obwieszczając znienacka, że mniejsza o statystykę; trzeba po prostu zaczekać, aż uprzedzenia wobec psychoanalizy umrą śmiercią naturalną (jak tyle przesądów) — co zamyka całą kwestię. Nie mówiliśmy jednak dotąd o bodaj najważniejszym aspekcie teorii okiełznania Demona: o przeświadczeniu wierzących, że stosowana tech­nika penetracji jest czymś jedynym w swoim rodzaju. O ile wiem, nikt nie formułuje tej tezy wprost. Nie spotkałem nigdy psychoanalityka, który by otwarcie zaprzeczał możliwości dotarcia do podświadomych treści inaczej niż metodami usankcjonowanymi przez Freuda (tzn. za pomocą wolnych skojarzeń, analizy snów, itp.). W zasadzie więc nic nie stoi na przeszko­dzie, by od czasu do czasu sprawdzać psychoanalityczne interpretacje na sposób historyczny — gromadząc dane o tym, jak naprawdę wyglądało dzieciństwo pacjentów. Rzecz znamienna, Założyciel zgłosił stanowczy sprzeciw wobec takiej procedury.

Demon umysłu

Hipotezę o istnieniu Demona — potężnej siły, która czyha, by zakłócić nasze poznanie; która sprawia, że prawda wydaje się fałszem i na odwrót trudno odrzucić. Brzmi ona całkiem wiarygodnie. I nieraz już była przez rozmaite doktryny wysuwana po to, by usprawiedliwić niepowo­dzenia, a także wątpliwości udręczonej klienteli i obrócić je na swoją korzyść. W psychoanalizie ów abstrakcyjny, uniwersalny i całkiem atra­kcyjny Demon umysłu ludzkiego zostaje stopiony w jedną całość z bestią ze złą, przewrotną, instynktowną mocą, za której istnieniem tak wiele przemawia; którą niemal namacalnie wyczuwamy w warunkach współ­czesnego życia i której nie zdołała wyegzorcyzmować optymistyczna wizja Człowieka-Wiązki. Odnosimy się więc sceptycznie nie do bestii, lecz jedynie do przypuszczenia, że potrafi ona zręcznie uporać się ze wszystkim, co świadczy o jej działaniu i zamiarach. O ileż trudniej ustosunkować się do teorii postępowania z Demonem. Na pierwszy rzut oka zdaje się sprawdzalna — zawiera przecież obietnicę wyleczenia, które winno stać się widoczne w świecie zwykłym, codzien­nym, intersubiektywnym, a nie w ukrytym, niedostępnym i tajemniczym świecie Podświadomości. Lecz w praktyce tezy dotyczące terapii okazują się prawie nie do sprawdzenia (w przeciwieństwie do teorii Demona, która paradoksalnie nabiera znacznej rzeczowości). Chociaż kuracja odbywa się na naszym padole, z reguły zostaje — by tak rzec — wessana w inny wymiar: w rzeczywistość stworzoną i monopolistycznie sterowaną przez doktrynę oraz awangardę jej wyznawców. W praktyce Demon łaskawie zstępuje czasem na ziemię (mimo iż nic go do tego nie zmusza), natomiast terapia (z natury swej będąca czymś empirycznym) w zadziwiającym stopniu odcina się od ziemskiego świata i jego osądów.

Sztuka utrzymywania Demona przy życiu

Z interesującej nas perspektywy doktryna wyraźnie rozpada się na dwie charakterystyczne części: a) — teorię, która opisuje: sposób istnienia człowieka, jego działanie i charakterystyczne rysy Podświadomości, oraz b) — teorię, która mówi, jak ją zmacać, czyli dotrzeć do niej, jak z nią postępować i jak ją okiełznać. Teorie te są od siebie niezależne, choć wzajemnie się potwierdzają i wynikają z analogicznych przesłanek ogólnych. Pierwszą można by nazwać ontologią, drugą zaś epistemologią psychoanalityczną. Ujmując rzecz bardziej obrazowo, wy­różnimy w doktrynie dwa składniki: teorię Demona i teorię obchodzenia się z nim. W praktyce teoria Demona (teoria zła, teoria Szatana…) zawiera sporo treści empirycznych. A to dlatego, że jej wyznawcy wcale nie twierdzą — gdy przychodzi do konkretu — iż Demon przerasta wszelkie nasze wyobrażenia. Jest szalenie przebiegły (w potencjalnych ofiarach budzi stosowną trwogę), ale nie na tyle, by nie można było dać sobie z nim rady, co z kolei budzi w ofiarach nadzieję. Jeśli wolno odwołać się do osobistych intuicji, uważam, iż przebie­głości Demona nie należy wyolbrzymiać. Strzeżmy się go jednak! Bo być może on umyślnie podrzuca nam dowody swego rzekomego umiarkowa­nia i zwodzi naszą czujność!